Przedświt muzyki polskiej

Odczyt prof. Aleksandra Polińskiego
w relacji reportera KURJERA WARSZAWSKIEGO z 22 grudnia 1902 r. [zachowana pisownia oryginalna]

W zamierzchłe czasy przedchrześcijańskie przeniósł nas wczoraj znany badacz dziejów muzyki polskiej, p. Aleksander Poliński, rozwinąwszy w pięknym, wybornie opracowanym odczycie, p. t. „Przedświt muzyki polskiej”, zajmujący pogląd na zaranie pieśni naszej, która od owej odległej doby przebiegła liczne stopnie ewolucji, zanim rozpięła skrzydła do szerokiego lotu.

Poliński

Niełatwą jest rzeczą zdobyć do takiego studjum odpowiedni materjał; często w tych ciemnościach trzeba iść po omacku, chwytając jedynie po drodze dalekie echa pieśni ludowej, będącej prawdziwą nitką Arjadny w tym labiryncie. Nie posiadamy ani mytów, ani legend, ani bajek, ani najskąpszych podań ludowych, któreby nam coś powiedzieć mogły o początkach muzyki naszej. Aby odnaleźć choć jakie takie ślady, musimy się zwrócić do poszukiwań ogólno-słowiańskich; wydobyte stąd szczątki, jak wykopaliska archeologiczne, dają dopiero podstawę do nakreślenia zarysu tych dziejów muzyki polskiej, wyrastającej ze wspólnego pnia słowiańskiego. Na Olimpie słowiańskim znajdował się Apollo, zwany Belin; otaczały zaś go muzy, zwane Piewalice, albo pieśniarki. Jeżeli był bóg muzyki, to musiała być i muzyka sama.

Istotnie, historyk grecki z IX wieku, Teofilakt, wspomina o „gęślarzach” słowiańskich. Dowiadujemy się z takich wzmianek kronikarzy obcych, iż Słowianie owych czasów grywali na „cytarach” i „lirach”, nie umiejąc dąć w trąby.

Nie ulega, zdaje się, wątpliwości, iż w owej odległej dobie uprawialiśmy muzykę, wiedząc, iż ta muzyka „nie pomoże, ale pocieszy”; artystami zaś ówczesnymi byli „igrcy” zawodowi, różni: guślarze, gęślarze, hudcy, wesołuchy i t. d.

Na jakich też oni mogli grać instrumentach? Teofilakt wspomina o tonie silnym i dźwięcznym, ponieważ struny wibrowały tu na znacznej części pudła rezonansowego. Lira miała dźwięk cichszy i stłumiony, gdyż struny jej wibrowały w powietrzu. Gęśle były podobne do cytary.

Dwaj historycy arabscy rozpisują się o instrumentach muzycznych, używanych przez Słowian. Jeden z nich, nazwiskiem Ibrahim Ibn-Jakób wspomina o księciu polskim Mszku i o zwyczajach narodu polańskiego; drugi, nazwiskiem Ibn-Duste z początku X wieku, oraz kompilator obydwóch Al-Bekri, również to samo opisują. Instrumenty te nazwano: ud i tanbur; widoczne były podobne do lutni i tanbury arabskiej.

Gęśl, albo gęśle, w słowiańszczyźnie południowej oznaczają dziś instrument smyczkowy w rodzaju mandoliny o jednej lub dwóch strunach, z szyjką ozdobioną główką gęsią, a niekiedy tylko kozią. Instrument ten jednak niema nic wspólnego z gęślą starożytną, będącą w formie podobną do arfy horyzontalnej niewielkich rozmiarów. Narzędzie to składało się z pudła rezonansowego z naciągniętymi na nim strunami, które szczypano, lub w nie uderzano.

W XVI w. gęśl oznaczała skrzypce i każdy inny instrument muzyczny. Prelegentowi raz tylko jeden zdarzyło się napotkać w starej z owego stulecia „Nabożnej rozmowie św. Bernarda z Panem Jezusem, nowonarodzonem Dzieciątkiem”, dwie te nazwy obok siebie, w odmiennem znaczeniu użyte.

Niestety, ani jeden egzemplarz gęśli polskich nie doszedł do naszych czasów; dochowało się tylko kilka gęśli łotyskich, litewskich i fińskich, dających wyobrażenie o typie gęśli starosłowiańskich. Gęśle wyszły z użycia w Polsce już w pierwszych wiekach po wprowadzeniu wiary chrześcijańskiej, na Litwie trwały nieco dłużej; na Rusi do początku XIX w.

Słowianie grzebali swych wojowników z narzędziami gędziebnemi, na których grywali za życia.

O pokrytej mrokiem dobie przedchrześcijańskiej u nas nic pewnego nie możemy się dowiedzieć od kronikarzy; pewniejsze są o wiele dowody, zaczerpnięte z pieśni ludowych, które stojąc „na straży narodowego pamiątek kościoła”, najlepiej oświecają tajemnice naszej przeszłości dziejowej. W chacie wiejskiej, przy obchodach różnych, poprzez szare obłoki gryzącego dymu, dostrzedz można „trzy księżyce, trzy zorze dziewicze”, albo „zorzę Lelową”, miłość nowożeńcom i Gody zwiastującą: tam usłyszymy o Dydku, bożku zrękowin, o ładnej Ładzie, bogini miłości, o Leluji, o Pieronie, Lichu, Kaduku i t. d.

Pieśni o tych bożkach ocalały po dziś dzień. Malują one cały poemat wesela, z przeszłości wiernie w nich zachowany. W tych pieśniach żyje życie pogańskie.
Jedna z najstarszych pieśni zrękowiniowych (zaręczynowych): „Bóg zaczyna i Bóg kończy”, takiem życiem tchnie niezawodnie, choć w niej dawnego Dyda, bożka zrękowin, zastąpił Bóg chrześcijański.

Pieśń tę, dziwnie miłą w melodji i brzmieniu, wykonał na estradzie chór mieszany, dając ilustrację muzyczną słowom prelegenta. Nadto melodja tej pieśni jeszcze bardziej od tekstu przemawia za jej starożytnością. Zbudowana wyraźnie na gamie g–a–c–d–e, przypomina po części tryb frygijski, po części zaś jedną z gam indo-chińskich, zwaną „Cornati” nawet z właściwym tej ostatniej ćwierćtonem, chwiejącym się między dźwiękami c i cis.

Ślady gamy pięciotonowej indo-chińskiej spotykamy w wielu starych pieśniach polskich, np. w pieśni:

„U mej matki rodzonej,
Stoi jawor zielony.”

I tę pieśń, przenoszącą słuchacza na skrzydłach melodji w czasy zamierzchłe, odśpiewał chór dobrze uwydatniając jej piękno właściwe.

Po wszechstronnem skreśleniu znamion i cech charakterystycznych szeregu pieśni ludowych, z których jeszcze kilka wykonał chór, umyślnie przygotowany, po fachowej analizie muzycznej, tonacji indo-chińskich (z 16,000 zredukowanych ostatecznie do 36) i po wykazaniu ich związku z wieloma pieśniami naszemi, prelegent w logicznym wykładzie wyjaśnił, jaką drogą pięciodźwięk indochiński przemieniał się stopniowo pod wpływem trybów doryckiego i lidyjskiego, w pełną djatoniczną siedmiotonową gamę gregorjańską.

Jak starzy bogowie polańscy musieli ustąpić miejsca Bogu chrześcijan, tak i nasze pieśni narodowe pod wpływem chorału gregoriańskiego, pozbywały się stopniowo swych znamion odwiecznych, aż wreszcie uległy działaniu muzyki włoskiej i niemieckiej, nabierając kształtów ogólnoeuropejskich. Lecz cech plemiennych w muzyce, tak jak wiary, języka, zwyczajów i obyczajów, głęboko w narodzie zakorzenionych, niezmienia się na poczekaniu. Piesni ludowe nasze, nieoszacowane zabytki dawnej muzyki polańskiej, znutowane przez Kolberga, odznaczają się nadzwyczajną oryginalnością starej tonalności; zachowały one odrębność rytmiki i czar melodji, skaczącej po interwallach gamy indo-chińskiej. Urokowi temu dziś jeszcze oprzeć się niepodobna.

Orszak ślubny w lubelskiem, w drodze do kościoła, śpiewa: „Pośrataj (błogosław), Boże, te goście nasze! Łado! Łado!…”

A kiedy tę pieśń odtworzył przed nami chór wczorajszy, i kiedy popłynęła odwieczna melodja prastarej pieśni weselnej, śpiewanej dziś przy wyjeździe do ślubu: „Oj śrataj-że nas matulu, Lelum! Łado!” – melodja prześliczna, a wijąca się po dwóch trichordach indo-chińskich, doznaliśmy rzeczywistego wzruszenia. Nad tą melodją unosi się przedświt muzyki polskiej; melodję też tę należy szanować jako cenną relikwję przeszłości.

Za wysoce ciekawą i dużo nauczającą, fachową, a jednak przystępnie opracowaną prelekcję, słuchacze nagrodzili p. Polińskiego zasłużonym, hucznym oklaskiem.

[nieczytelne inicjały]

***

Źródło – 36. Przedświt muzyki polskiej (wyd.1902) od 4:21:26

***

Aleksander Poliński (1845 – 1916), krytyk muzyczny i historyk muzyki. Od 1899 sprawozdawca muzyczny czasopism: Kurier Warszawski, Tygodnik Ilustrowany i Echo Muzyczne i Teatralne. Od 1904 roku profesor teorii muzyki w Warszawskim Instytucie Muzyki. Autor Dziejów muzyki polskiej (1907) – pierwszej próby syntetycznego opracowania historii muzyki polskiej.

 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s